|
Przypomniałem sobie ,ze w tegorocznym czerwcowym numerze Fauny&Flory jest opisane jak poradzić sobie z jastrzębiem.
Jak sobie radzić z jastrzębiem? Jak sobie radzić z jastrzębiem? Jest słoneczny marcowy poranek. Po raz pierwszy po zimie wypuszczam gołębie. Mają się rozruszać, przypomnieć sobie okolicę, niedługo przecież loty. Chcę jeszcze zdążyć zanim wywiozę je na kilka lotów ćwiczebnych.
Wypuszczam je pojedynczo z drugiego końca parceli zza drzew. Niech zrobią przynajmniej kilka kółek w powietrzu. W pojedynkę są mniej widoczne dla jastrzębi. Tak robiłem już nieraz. Jako pierwszego wypuściłem starego niebieskiego. Ma za sobą Brukselę i Ostendę. Stary wyga. Zrobił kilka okrążeń, usiadł na desce i pospiesznie wszedł do gołębnika. Leniwy. Potem wziąłem na oblot mojego pupila niebieskiego pstrego, który rok temu umknął jastrzębiowi, znalazłszy schronienie wśród gęstych gałązek leszczyny. Siedział tam potem z godzinę zanim doszedł do siebie. Potem jeszcze kilka innych. Niebieską samiczkę, szymla i czerwonego. Zanim puściłem kolejnego, poprzedni musiał wejść do gołębnika. Potem przyszła kolej na szymelkę, tą z rocznika 2005. Dobrze szła z lotów, miała nienaganną muskulaturę, ale nie grzeszyła urodą. Miała dzióbek niczym gołąbek z Krakowskiego Rynku. Piszę w czasie przeszłym, bo już nie żyje. W trakcie bodaj trzeciej rundy wokół parceli nagle z wysoka w dół niczym pocisk leci � on doskonały łowca, jastrząb gołębiarz. Ona go wprawdzie zobaczyła i próbowała uciekać; niestety w dół. Miała nikłe szanse. Nieraz widywałem prawie identyczne ataki. Umykała slalomem między niskimi brzózkami. Wszystko działo się w odległości zaledwie około 200 m od gołębnika. Nagle znikły mi z oczu. Patrzę w stronę brzózek, czy aby coś nie wyleci w górę. Niestety! Ani jastrzębia ani gołębia. Chyba ją dopadł. Nie zwlekam ani chwili. Biegnę co sił. Przedzieram się przez suche badyle i chaszcze. Na zeschłym zeszłorocznym kwiatostanie nawłoci widzę kilka świeżych co dopiero wyrwanych piórek. Poznaję. To od mojej szymelki. Bestia! Dopadł ją. Biegnę co sił dalej, szukając dalszych śladów. Są na zoranym polu. Zmierzam dalej na skraj pobliskiego lasku, bo wiem, że tam zwykle pod osłoną drzew oprawia ofiarę. Nieraz widywałem kupkę piór, pozostałość po takiej uczcie. Zwalniam, rozglądam się wokół. Nie widzę śladów. Klaszczę w dłonie i pohukuję. Nagle coś znad ściółki zrywa się w powietrze. To on. Trzyma w szponach szymelkę. Ucieka przede mną. Leci ciężko. Ja za nim. Znika mi z oczu. Znów biegnę. Ciągle klaszczę w dłonie i pokrzykuję. Chcę go spłoszyć. Rozglądam się wkoło. Jest szymelka! Leży przy pniu dorodnej brzozy, sama. Zabójcy już nie ma, przestraszył się, uciekł. Czy samiczka żyje? Podbiegam, klękam. Niestety martwa! Już rozpoczął ucztę. Zaczął od mięśnia piersiowego. Wyszarpał krogulczym dziobem rozległą niszę. Żal mi samiczki. Cóż mogłem zrobić? Zabrałem martwą do domu. Moja kolejna porażka i jego zwycięstwo. Tym razem jednak tylko połowiczne, bo ofiarę odbiłem. Nie zjadł śniadania Ileż to podobnych sytuacji przeżyłem w ostatnich kilku latach? Co najmniej kilkadziesiąt. A liczę tylko te, gdy widziałem ataki jastrzębia. Co roku ginie mi z jego powodu około 50% stanu gołębnika, od 30-40 sztuk; mimo iż ograniczam obloty, a zimą prawie w ogóle nie wypuszczam gołębi. Próbowałem różnych dozwolonych sposobów. Wypuszczałem ptaki o różnych porach, przez jeden sezon dałem im nawet �wolny wylot�, za dnia nie zamykałem ich. Miały otwarty wylot cały dzień. Nic nie pomagało. Nie zmniejszało to strat. Najtrudniej jest oblatać młódki wokół gołębnika. Wyłapuje je z łatwością, jak jaskółka muszki. Ktoś mi doradził, żeby przetrzymać młódki w gołębniku i wypuścić je dopiero w lipcu, gdy mają już spierzone 2-3 lotki. Miało to ograniczyć straty. Nic podobnego. Oprócz tych, które złapał, część odlatywała w siną dal, by nigdy nie powrócić. Wyszło na to samo. Bierze nie tylko młódki, ale też gołębie wracające z lotu. Ptak siada na desce, a tuż za nim jastrząb. Gołąb nie ma szans. W tych warunkach odchodzi ochota do hodowli. Sam się sobie dziwię, że jeszcze nie zrezygnowałem z gołębi. Ale ostatnio pojawiła się nowa nadzieja. W kwietniu tego roku odwiedził mnie kolega Piotr Bakiera z Sosnowca. Fotografowałem jego wybitnego lotnika. Zwierzyłem mu się z mojego problemu. Okazuje się, że on miał taki sam. Miał go, bo już sobie z nim poradził. Kupił pistolet hukowy i race.
Tekst pochodzi ze strony internetowej Fauny & Flory a jego autorem jest Pan Piotr Patas.
Pozdrawiam .
|